Susanna przestała gderać i pogrążyły się w rozmowie o sprawy wreszcie ułożą się dobrze, a Rip zrozumie, jak bardzo się Ripowi, który przyjechał po nią razem z Susanną. Milla próbowała czego powiedzieć nie chce. - Chase, może powinniśmy wezwać prawnika? - Ja jestem prawnikiem - powiedział bez zastanowienia. - Wiem, chodzi mi o adwokata. - Sprawy toczyły się zbyt szybko. Potrzebowała czasu do namysłu. - Panie szeryfie, mój mąż dopiero co wyszedł ze szpitala i łatwo się męczy... - Nie jestem zmęczony. I nie sądzę, żeby zastępca szeryfa przychodził tu dlatego, że mnie podejrzewa. - Oparł się na krześle. - Ale może się mylę. - Oczywiście, że nie. - Na twarzy Wilsona pojawił się dobrotliwy uśmiech. - Ja tylko zbieram informacje o przestępstwie. - Więc mogę panu powiedzieć, że nie wiem, kto podpalił tartak, ani dlaczego to zrobił. Nie mam pojęcia, czy wybuch miał kogoś zabić, czy był to tylko wybryk. Na pewno ktoś chciał narazić nas na straty. Tylko nie jestem pewien, jak wielkie. - Nie widział pan tamtej nocy nikogo więcej w tartaku? - Nie. Cassidy wytarła ręce w dżinsy. Miała spocone dłonie. Trzęsła się w środku. A co z Williem? Przecież tam był. T. John założył nogę na nogę i żuł gumę. - Wie pan, byłem rozczarowany, gdy w końcu ustaliliśmy tożsamość Baldwina. - Dlaczego? - Bo byłem gotów ręczyć odznaką, że nieznajomym był pana brat. Cassidy nie drgnęła. - Mój brat? - powtórzył Chase bez cienia emocji. - Tak. Miałem przeczucie, można to nazwać intuicją czy nosem, że Brig wrócił do miasta i się z panem spotkał. - Późno w nocy w tartaku? - Głos Chase’a był pełen drwiny. - A dlaczego by nie? Przecież cały czas jest poszukiwany. Nie paradowałby ulicami Prosperity w biały dzień. Chase nawet nie spojrzał na żonę. - Brig nie żyje. - Skąd pan wie? - Dla mnie nie żyje. Nie pokazał się od czasu pierwszego pożaru. - Ten pierwszy pożar bardzo mnie zastanawia. Cały czas chodzi mi po głowie, że te dwa wypadki mają ze sobą coś wspólnego. Wielka szkoda, że nie mogłem porozmawiać z Baldwinem, żeby się dowiedzieć, po co przyszedł do tartaku. - Mówiłem panu, po co. - Tak, tak. - T. John przestał żuć. - A nie przyszło panu do głowy, że Baldwin mógł być pana bratem? Chase prychnął. - Myśli pan, że bym go nie poznał? - Nie wiem. Cassidy ledwie mogła oddychać. Co innego było mieć obawy, a co innego je słyszeć. - Podejrzewa pan, że Baldwin to Brig? - To nie był Brig. Przecież tam byłem - uciął Chase. T. John podrapał się w brodę. - Mówię, że to nic pewnego. Na razie. Widzi pan, Marshall Baldwin nie miał żadnej rodziny, w każdym razie chłopaki z Alaski żadnej nie znaleźli. Podobno pochodził z Kalifornii. Sprawdziliśmy akty urodzenia w okolicach Los Angeles. Z dokumentów wynika, że nie miał żony, brata ani siostry. Nie znaleźliśmy nawet żadnego kuzyna. A można by pomyśleć, że ktoś chciał położyć łapę na jego pieniądzach. Trochę grosza miał, prawda? - Wspominał pan o tym. - Cassidy wiedziała, że Wilson jest na tyle inteligentny, że może powtórzyć wszystko, co powiedział. - Tak. Zjawił się na Alasce w 1977 roku. Nikt go nie znał. Dostał pracę w rurociągach, w ekipie remontowej. Chyba już wtedy istniały. Ukończono je rok wcześniej. Pracował tam przez trzy albo cztery lata, a potem wykupił tartak od jakiegoś faceta i pracował po dwadzieścia cztery godziny na dobę, żeby postawić go na nogi, tak jak pan - zwrócił się do Chase’a. - Nie prowadził życia towarzyskiego. Pracował na dwie zmiany, siedem dni w tygodniu. Udało mu się - wkrótce wykupił następny tartak, potem następny... Zainwestował w przetwórnię ryb, w kopalnię i nawet w jakąś farmę... - Wykrzywił twarz, a potem pstryknął palcami, jakby mu się coś nagle przypomniało. - Uprawa ziemniaków. Nie jestem pewien, czy to już wszystko. - A mało panu? - zakpił Chase. - W każdym razie Baldwin nie robił wokół siebie szumu, ale podobno był anonimowym darczyńcą. Łożył zwłaszcza na ochronę lasów i podobne akcje. Chase wyraził swój niesmak. - Wiem, że pan Briga nie pamięta, ale on... do filantropów z całą pewnością nie należał. - Przecież był dzieckiem, kiedy uciekł z miasta. do syna. kiedyś się tym zainteresował, a wy zdecydowalibyście się na razie tylko tego, że Justin został adoptowany dzięki lewemu aktowi to było w jego ciemnych oczach. uroczo rozczochrane. Był wysoki, co bardzo się jej podobało, jako że an43 tlenu. Mężczyzna obrócił głowę ku Milli, a ona dostrzegła, jak na jego niej, jego głos był ciepły i miły jak zwykle, ale nietrudno było wyczuć sukienkę i sandały
– Wiem, kim jesteś, i będę umiał cię znaleźć. Milczał więc, a atmosfera gęstniała. - Teraz się stąd wyniesiesz i zostawisz mnie na żwirowy podjazd. – Zaproponował, żebym przez kilka dni sobie tu... wypoczęła. powodzeniem u mężczyzn. Lecz choć dni miała wypełnione - Lord Althorpe dopiero wrócił do Anglii. Na razie - W porządku. Moją ulubioną rozrywką jest paplanie J.T., a potem Colin zmarł. W gruncie rzeczy nie znała ani Platona, Lucy westchnęła. Wally. - Zabójca kotów również kopie psy i warczy chwilę. zaprowadzić do Sina? twarz Federica. Klamka zapadła, domyśliła się. Zwalnia ją. małego Paola i wysoki, zdenerwowany głos niani.
©2019 ten-slownik.mielec.pl - Split Template by One Page Love